Przejdź do głównej zawartości

MGŁA



Kraków (Zesławice) - Słomniki: 25,9 km, 5,21 h, 35 394 kroki, 

Na wędrówkę z Pawłem umawialiśmy się chyba dwa lata. Zawsze jednak coś nam wypadało. Czasem jakaś praca, czasem jakaś przeprowadzka,  innym zaś razem jakiś lockdown. Przede wszystkim to ostatnie. W końcu jednak udało się nam zgrać wspólny termin i pod koniec ubiegłego roku wyruszyliśmy. 

Trasa szczególnie wymagająca nie była. Kraków dzieli od Słomnik 25 kilometrów z lekkim hakiem, wzniesień po drodze jest niewiele, a przez większość czasu pod naszymi stopami gościł asfalt. Paweł, jako zapalony rowerzysta, wybrał dla nas poruszanie się czerwonym szlakiem rowerowym, który tylko czasem wkręcał się w jakąś mniej przejezdną ścieżynkę, co zresztą dla piechurów nie miało większego znaczenia. Reszta: miła, lekka i przyjemna. To znaczy pewnie taka by była, gdyby nie pięć stopni poniżej zera i wszechogarniająca mgła. 

Nie żebym narzekał. Wiedzieliśmy o tym i nawet kalesony znalazły się na wyposażeniu, ale kiedy stawaliśmy w Słomnikach na peronie, uda i tak szczypały z zimna, a kołnierz mojej kurtki był jednym wielkim soplem, który w pociągu zaczął tajać i skapywać za koszulę. Jest to jednak niewielka cena za całą wyprawę. 

Główną bohaterką była mgła... 

W zasadzie od pierwszych kroków, które postawiliśmy na trasie, mgła nie opuszczała nas prawie na krok. Asfaltem dzieliła się niezbyt szczodrze. Pięć, może sześć metrów przed nami, tyleż samo za. Pochłaniała łagodne pagórki Małopolski, mijane domy, leśne ambony i zaparkowane nieopodal drogi samochody. Czasem łagodniała, ukazując nam, jak las rozczesuje słoneczne promienie w długie złociste pasma. Tylko na jednym wzniesieniu zdecydowała na chwilę odpuścić, ale prawdę powiedziawszy... to był najsłabszy moment trasy. 


Ta wszędobylskość mgły sprawiała, że nasza wędrówka przebiegała przez... nic. Nie było na co patrzeć, bo krajobraz w ogóle się nie renderował. Kawałek pola i biel. Samotne drzewo, albo latarnia, a za nimi - pustka. A przynajmniej coś, co w ludzkich kategoriach pustce jest najbliższe. Przebodźcowany umysł, w zderzeniu z takim stanem świata, wpadał w panikę. Szukał punktu zaczepienia, bronił się, próbując dorabiać zapamiętane dawniej krajobrazy, albo chociaż ich prawdopodobieństwo, ale mgła skutecznie niweczyła wszystkie plany. 

- TU JESTEM! - krzyczała.

- JESTEM NIC! - krzyczała. 

A my musieliśmy się na to zgodzić. Schylić głowę z pokorą i powiedzieć: "dobra, niech ci będzie, poddaję się - ty jesteś nic, mnie jest zimno i to musi wystarczyć". Tzn. ja musiałem, bo Paweł czuł się w tej bieli zupełnie swobodnie. Paweł ma zresztą te cechę, że zwykle czuje się swobodnie, czego bardzo mu zazdroszczę. Jak zawsze raczył mnie opowiastkami o swoich rowerowych przygodach, nowymi muzycznymi odkryciami i planami na przyszłość. W tej nicości łatwiej się go słuchało. 

W tej nicości zdałem sobie wreszcie sprawę, jak bardzo pustka jest potrzebna. Jak każdy z nas potrzebuje jej jako punktu odniesienia. Środowiska, które całkowicie odcina od bodźców. Przerośniętej komory deprywacyjnej. Nie ma krajobrazu, którego się spodziewałeś, nie ma zadań na jutro, wspomnień, nie ma oczekiwań. Jeśli były - znikną, tak jak znika asfalt. I owszem, te wszystkie rzeczy może będą czaić się gdzieś przed nami, może będą na nas czekać, ale w ostatecznym rozrachunku - nie będą miały większego znaczenia. Zamajaczą na moment przed naszymi oczami, a potem odpłyną. Będą jak powietrze, które nabraliśmy w płuca, żeby coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyśliliśmy. Zostanie tylko westchnienie. 




Choć na początku broniłem się przed bielą, jak tylko mogłem, choć była i panika, i próby projekcji, i ucieczki w rozmowę - to właśnie ta mgła była mi potrzebna. Oglądanie wielkiego NIC przez pięć godzin potrafi złamać każdy opór. 

- Odpuść - mówi pustka - nic nie musisz. 

Oczy przyzwyczajają się, potem zaczynają odpoczywać. Rozmowa toczy się, jak dawniej, ale niepotrzebne programy w głowie po prostu się wyłączają. Miarą czasu staje się krok, dowodem na istnienie - szczypiące od mrozu policzki. Niczego więcej nie potrzeba. Po trzech miesiącach prób powrotu do siebie, okazało się, że wystarczyła odrobina wysiłku fizycznego, dobre towarzystwo i ograniczenie bodźców do minimum. Wizualnej ciszy. 

Praktycznie... 


Co do samej trasy, tak jak pisałem na początku, nie jest ona zbyt wymagająca. Co prawda, nie zawsze jest ona dobrze oznakowana, ale jeśli poza oznaczeniami wspomożecie się googlem spokojnie sobie poradzicie. Startowaliśmy znad Zalewu Zesławice i jedyne zawirowanie jakie mieliśmy to fragment lasu między Zaborzem (baza wojskowa) a Ratajowem. W tym miejscu pomocne okazały się szlaki dla narciarzy biegowych i kierowanie sią na azymut. Niestety za lasem dopadł nas smog, co odrobinę uprzykrzyło całą wędrówkę. 

Po drodze zaliczyliśmy jedną pomyłkę, tuż przed samym finiszem skręcając za niegdysiejszą fabrykę orzeszków Felix (tzn. dalej produkuje się tam orzeszki Felix, ale na fabryce świeci już inne logo). Niemniej pomyłka wpadła nam tylko dlatego, że zamiast iść prosto do Słomnik, za bardzo trzymaliśmy się rowerowego szlaku. 

Za to trafiliśmy na uroczą wieżyczkę, czegoś, co chyba dawniej było remizą.


I tę romantyczną wrzutę. 




Wpis zakończę zgrabną frazą, jaką po powrocie przywitała nas Agnieszka - żona Pawła: 

"Kto rano wstaje, ten idzie przez mgłę". 

Czego od czasu do czasu sobie i Wam życzę. 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SUITA DLA ZAŁĘŻA

Jak już pisałem na Baśniach, potrzebne było miejsce, gdzie mógłbym publikować teksty niekoniecznie związane z baśniami, a jednocześnie bardzo związane z tym, co robię. Suitę dla Załęża pozwalam więc sobie przenieść także na Gadającego Świstaka. To właśnie z takich tekstów ma składać się ten blog, a poza tym - mogę sobie na nim ustawić szablon :) Kto zna, może przeczytać jeszcze raz, a kto nie zna - Smacznego!   Uwaga druga. Niniejszy tekst powstał przy okazji realizowania projektu "Suita dla Załęża" w ramach muzykograntu, który razem ze Stowarzyszeniem Pełna Kultura otrzymaliśmy od Instytucji Kultury Katowice Miasto Ogrodów. Projekt zrealizowaliśmy wraz z Lufcikiem na korbkę (pomysłodawczynią jest Agnieszka Batóg), Fundacją W to mi graj! i Studiem Tańca Ifly. A teraz do rzeczy: SUITA DLA ZAŁĘŻA Załęże wgryza się w Katowice na wysokości Placu Wolności. Stamtąd dzielnica biegnie na zachód, obrastając tkanką zabudowań wokół ul. Gliwickiej, która jest jej kręgosłupem. Trochę cier...